jjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj

wtorek, 9 marca 2010

Wraz z wiosennymi kolorami przyleciały kuraki


Kolejny hiacynt u mnie zakwitł. Tym razem w kolorze fioletu (niestety na zdjęciu jest zbyt niebieski). Hiacynty to wiosenne kwiaty, które goszczą u mnie co roku. Już pod koniec zimy zdobią moje 4 kąty. A zapach? Odurzający ... aż w głowie się kręci. Ale na przednówku tego mi trzeba ... kolorów i zapachów ... wiosny oczywiście :)





Jak w tytule ... wraz z wiosennymi kolorami przyleciały do mnie kuraki ... prosto z gorącego piekarnika wyleciały i na sznurkach zawisły. Dyskusyjnej są urody, ale ... za to jaja znoszą :) Na wielkanocne święta w sam raz będą ... i kuraki i jaja.




A to kalanchoe urzekło mnie swoimi barwami. Pączki kwiatowe są bladozielone. W miarę rozwijania przybierają kolory od jasnozielonego, przez delikatnie waniliowy i łososiowy do jaśniutko różowego. To wszystko sprawia, że roślinka jest niezwykle delikatna. Raduje me romantyczne serducho ... tym bardziej, że podarowana mi została przez mojego M. :)





Nowa - stara skrzyneczka na klucze. To już  jej drugi lifting :) Wcześniej zdobiły ją wyszyte krzyżykami klucze. Pokazywałam ją w tamtym ubranku latem zeszłego roku. Ale teraz przestała pasować mi do wystroju, tak z mozołem pojawiającego się w moim mieszkanku. Jej najnowszy wygląd bardziej przypadł mi do gustu ... A kuraki także i pod nią postanowiły przysiąść :) 





To dopiero początek wielkanocnych przygotowań i wiosennego przystrajania mieszkanka. Jeśli czas pozwoli, to będzie więcej, czego oczywiście nie omieszkam pokazać ...


poniedziałek, 1 marca 2010

Wieściszowickie migawki ...


... wianek, którego urody nawet szanowny małżonek nie zechciał skomentować ... znalezisko ze Starego Młyna ... oraz potrzeba zieleni - tak powinien brzmieć tytuł dzisiejszego posta :)
A więc zaczynam od początku ... cudnej urody (przynajmniej dla mnie) kościółek stoi na jednym z wieściszowickich stoków - już o nim wspominałam, ale dzisiaj pokażę detale, które mnie tak ujęły. Kościółek liczy sobie 160 lat. Jest niewielkich rozmiarów. Wybudowany został na wzór skandynawskich kościołów i właśnie to spowodowało, że cechuje go tak uroczy minimalizm. Biel tynku w połączeniu z ciemno - drewnianymi elementami, smukła sylwetka i usytuowanie na osłonecznionym stoku sprawiają, że jego uroda jest świetnie wyeksponowana.


Jedynie na ogrodzenie zabytkowego kościółka trochę wykrzywiam usta ... mogłoby być bardziej stylowe i pasujące do budowli, no ... przynajmniej pomalowałabym je na inny kolor, ale cóż ... jest jak jest.


Ciężkie drewniane dwuskrzydłowe drzwi pomalowane zostały na ciemno - brązowo - wiśniowy kolor ... te naświetla nad drzwiami i półokrągłe zadaszenie - przełamują smukłą i kanciatą bryłę.



Wąskie, półokrągłe okna także ładnie wpisują się w klimat budowli. I te podcienie okienne pomalowane na słoneczny kolor :) ładnie współgrają z bielą i drewnianymi detalami.



A teraz wieżyczka ... z zegarem, który niestety stoi w miejscu i czasu już nie odmierza :(






I połyskująca w słońcu ozdobna kula zwieńczająca stromy dach wieżyczki ...  róża wiatrów obraca się tak jak jej podmuchy wiatru zagrają :) A wiać to tu potrafi, oj potrafi!


Czyż nie jest pięknie położony wśród rudawskich wzniesień?


Spędzając tam ferie zimowe miałam w planach udanie się do Kolorowych Jeziorek, ale niestety nie dotarłam do nich ... ba, nawet nie spróbowałam. Te ogromne ilości śniegu jakie spadły tegorocznej zimy pozwoliły na poruszanie się jedynie po wyznaczonych przez spychacz drogach. Mimo to chciałabym Wam opowiedzieć pewną historię - legendę związaną ze wsią. Powinna się ona pojawić właśnie przy okazji zdjęć z Kolorowych Jeziorek, ale tak właśnie na przekór powyższym zdjęciom, na których niebo jest tak cudnie niebieskie, jakie chyba tylko zimą potrafi być napiszę o tym właśnie dzisiaj. Dlaczego? Bo pogoda jaka panuje w tych okolicach jest ściśle powiązana właśnie z tą historią. Posłuchajcie ...

"Bardzo dawno temu Wieściszowice były jedną z najszczęśliwszych wsi nie tylko na Śląsku czy w Polsce, ale i na całym świecie! 
Ludzie i zwierzęta żyli w tej osadzie sudeckiej w pełnej harmonii. Zawsze panowała tutaj piękna pogoda, świeciło słońce, a na niebie pojawiała się codziennie cudowna tęcza, składająca się z wielu kolorów.
Sprawcą tego niecodziennego zjawiska był miejscowy Duch Gór, nazywany Rudnikiem, który odwdzięczał się w ten sposób mieszkańcom Wieściszowic za to, że raz w tygodniu otrzymywał od nich w dzbanie swój ulubiony napój - nektar kwiatowy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby pewnego dnia nie przybył do wsi bardzo zły człowiek, który ośmieszał Rudnika i podburzał przeciwko niemu ludzi. Po pew- nym czasie przestali oni napełniać dzban nektarem.
Rozłoszczony Duch Gór postanowił zem- ścić się i zrzucił z nieba tęczę, która zabarwiła wodę w stawach na terenie wieściszowickiej kopalni.
Od tamtego czasu mieszkańcy wsi nigdy już nie byli tak szczęśliwi jak kiedyś, a pogoda coraz częściej płatała różne figle. Dlatego dzisiaj w Wieściszowicach i okolicach padają deszcze, panują długie i srogie zimy."
 
Legendę tą znalazłam podczas przeszukiwania internetu pod kątem informacji o Rudawach Janowickich. Napisała ją uczennica uczęszczająca do szkoły w pobliskiej Kamiennej Górze. Czy jest prawdziwą legendą? Czy to tylko dziecięca fantazja? Nie mam pojęcia, ale do rudawskiej rzeczywistosci pasuje jak ulał :) Jest tam w ciągu roku dużo słonecznych dni, ale jak już przyjdą deszcze i wiatr, to tak na całego ... bez żadnych ulg. Więc może coś w tym jest?
 
**********
 
Na wielu blogach królują wianki ... o przeróżnej stylistyce, zrobione z różnorodnych materiałów, ale tego typu wianek urzekł mnie swoją ... no właśnie, czym? Skoro nawet mój mąż nie za bardzo chciał się na jego temat wypowiedzieć. Powiedział jedynie ... "wygląda jakby z porwanych gazet był". Porwanych ... zgadza się, ale nie gazet, a szmatek. Wykorzystałam do tego celu ostatnie już ścinki materiałów, z których coś tam poszyłam. Warto było je trzymać, bo przydały się znakomicie.





Zawisł między kuchennymi szafkami, gdzie docelowo ma być okap z wyciągiem ... no tak to nasze mieszkanko młode jeszcze i nie urządzone do końca, wielu rzeczy brakuje, ale co tam za to nasze własne :) Póki co na wolnym kawałku ściany wisi sobie takie "cudo" ...



Został mi nieduży kawałek materiału, który występuje także w wianku ... zrobiłam sobie z niego wyściółkę do koszyczka. Nie jestem do końca przekonana do tego wzoru w kuchni, ale skoro na wianku też jest, a wianek fajnie się w kuchni komponuje, to może i w koszyczku przez jakiś czas może poleżeć?


A teraz moje znalezisko ze Starego Młyna. Ciężki żeliwny krzyżyk z pojemniczkiem na wodę święconą. Znaleziony przez mojego tatę wśród ogromnej góry rupieci wszelakich. Przywiozłam go do naszego mieszkanka. Do pojemniczka włożyłam tea light'a i zastanawiam się, czy coś z nim kombinować, czy może zostawić tak jak jest? Co sądzicie?





 A tak w ogóle, to uświadomiłam sobie, że jestem spragniona nie tyle wiosennych kolorów, ale przygrzewającego mocniej słoneczka i soczystej zieleni. Zamówiłam sobie na A :) nowe drewniane donice, które będę troszkę mazać po swojemu ... staną na balkonie. Już się zastanawiam, co też ja tam posadzę. Doczekać się nie mogę cieplejszych dni. Część wieloletnich roślin i krzaczków, które mam nadzieję przetrwały tegoroczne mrozy przesadzę do nich, ale że obszerne są, to wiele jeszcze wolnego miejsca w nich zostanie. Uwielbiam to wiosenne planowanie ... co gdzie będzie rosło, gdzie będzie stało, czy wisiało ... gdybym to ja miała ogród ... ogródek choć maleńki, to dopiero bym mogła zaszaleć, a tak ... Póki co oczy moje odpoczywają patrząc na domową zieleń, na przykład na anginkę, której zapach wprost uwielbiam. Ma już ponad metr wysokości, jest ładnie rozkrzaczona, a na całe lato wystawiam ją na balkon.





Że jest doskonałym inhalatorem, gdy ktoś ma katar, to chyba wszyscy wiedzą ... ale, że skrawek liścia można dodać do zaparzanej herbaty, albo kilkoma listkami wyłożyć dno foremki, w której będzie się piekło ciasto (na przykład zwykły biszkopt - nabiera niesamowitego aromatu), to może już nie każda pani domu wie? Warte spróbowania ... polecam :)
Ooo ... moja ptaszynka zmieniła miejsce zamieszkania. Też ją ciągnie bliżej słoneczka, przez kuchenne okno wypatruje wiosny :)



A za oknem, niestety, pochmurno i baaardzo wietrznie dzisiaj ...

piątek, 26 lutego 2010

Królewski szyk z potworkiem za progiem


W końcu wzięłam się za swój niciak - przybornik ... stał sobie taki goły, w barwie jasnego drzewa świerkowego już od kilku dobrych lat. No i naszło mnie ... przeszlifowałam, pomalowałam ... najpierw ciemną bejcą, później jaśminowym akrylem ... poprzecierałam i na koniec otwierane wieczka ozdobiłam wydrukowanymi motywami koron. Całość maznęłam bezbarwnym matowym lakierem. Teraz to królewskich komnat ten mój przybornik jest wart, ale niestety blokowe mieszkanko to nie obszerny pałac ... co tam ... namiastkę królewskiego szyku w moich czterech kątach mam :)





A mój młodziak doczekał się ochraniacza na swoje łóżeczko. Wycięte z dwóch rodzajów tkanin kwadraty pozszywałam, do środka włożyłam ocieplinkę, wszystko przepikowałam i obszyłam bawałnianą taśmą. A i jeszcze troczki ... za krótkie trochę zrobiłam ... będę musiała wymienić. Ale jak na pierwszą w moim życiu patchworkową robótkę wyszło wcale, wcale ... nieźle nawet :) Najwięcej problemów miałam z przyszyciem lamówki, bo kwadraty pozszywane są ... no trochę koślawo i musiałam się odrobinę nagimnastykować, aby wszystko razem wyszło w miarę równo. Znowu pierwsze koty za płoty ... następny patchwork wyjdzie z pewnością lepiej, ale kiedy się za tego typu robótkę wezmę? Któż to wie ... ten patchworek - potworek dał mi trochę popalić ... muszę chyba odrobinę odpocząć od szycia :)






Słonecznego i cieplutkiego weekendu życzę wszystkim artystycznym duszom ... może aura pozwoli nam na długie spacery i wiosny pójdziemy poszukać?